Odchodzisz sam albo dyscyplinarka. Zwolnieni z Ramety zeznawali przed sądem
Sędzia Monika Mańka prowadząca sprawę, w której PIP skarży byłego prezesa Ramety, przesłuchała zwolnionych z fabryki mebli inwalidów. We wrześniu 2019 roku opuścili zakład w okolicznościach urągających kodeksowi pracy.
Przypomnijmy, że przed wakacjami ruszyła w raciborskim sądzie rozprawa, w której Państwowa Inspekcja Pracy oskarża byłego prezesa Ramety o złamanie prawa m.in. przy przeprowadzeniu zwolnień pracowników we wrześniu ubiegłego roku. Zwolnieni występują w roli oskarżycieli posiłkowych. Jesienią 2019 roku Rameta borykała się z problemami finansowymi. Utraciła zamówienia największego, długoletniego odbiorcy – francuskiej sieci sklepów meblowych. Zwolniono 30 osób, część w trybie dyscyplinarnym. Sprawa odbiła się w mieście szerokim echem. Zwolnieni uzyskali pomoc posłanki Gabrieli Lenartowicz, wystąpili na sesji rady miasta. Odwiedzili też redakcję Nowin, pisaliśmy o ich żalu z powodu decyzji pracodawcy, z którym byli związani od dziesięcioleci.
Jak pan podburzał załogę?
W środę 16 września pierwszy zeznawał pan Robert, przedstawiając się jako niesłusznie zwolniony przez pana Fichnę. Pracował w Ramecie 18,5 roku od 2001 do 2019. – Po dniówce chciałem iść na fajrant, ale przedstawiono mi rozwiązanie umowy za porozumieniem stron, bez okresu wypowiedzenia. Tłumaczono to złą sytuacją firmy, bo duży kontrahent zerwał nagle współpracę. Nie zgodziłem się na to – opowiadał przed sądem. Stefan Fichna z wiceprezesem Markiem Wyrostkiem przekonywali pracownika, żeby podpisał. – Jak się nie zgodziłem, to wręczyli mi tzw. dyscyplinarkę – stwierdził. W jej uzasadnieniu widniało, że pan Robert jest „niewydajny, nieefektywny i podburza załogę”. – Jak pan podburzał załogę? – spytała sędzia. – Nie wiem, dowiedziałem się o tym będąc w biurze prezesa – skwitował były pracownik Ramety.
Przed jego zwolnieniem w zakładzie od 5 dni wzywano codziennie grupę pracowników do prezesów, skąd wracali już jako zwolnieni.
Tak prezes Fichna wezwał i zwolnił najstarszego pracownika, który miał tyle przepracowanych lat co fabryka czyli 50. I ja to skomentowałem przy kolegach, że zamiast do gabloty dać mu zdjęcie, to go zwolnili. I tyle było mojego podburzania. Więcej nie poczuwam się do takiego zarzutu – skwitował pan Robert. Nie przypomniał sobie przed sądem żeby kiedykolwiek był upominany albo dostał naganę. – Z prezesami nie było o czym rozmawiać, bo już następny był w kolejce do zwolnienia – skwitował przesłuchiwany. Do momentu swego zwolnienia uważał Rametę za stabilnego pracodawcę, a pracę – dla siebie optymalną. Inspektorka PIP Edyta Błodarczyk-Mandel spytała pana Roberta czy wie, że mimo dyscyplinarki za ostatnie dni swojej pracy dostał premię uznaniową. Ten nie wiedział. Na koniec „podziękował” obecnemu na sali obwinionemu – S. Fichnie „za takie potraktowanie: w 5 minut za drzwi po 18,5 latach. – Wyrzucił pan człowieka chorego, przegranego na rynku pracy – podsumował mężczyzna.
Z tej samej półki
Kolejne zeznania złożyła pani Joanna, która w Ramecie przepracowała 15 lat. Gdy została wezwana na rozmowę do gabinetu prezesa, zdawała sobie sprawę „o co może iść”. – Działy się dziwne rzeczy, ludzie byli wzywani pod koniec dnia i dostawali natychmiastowe zwolnienia, bez okresu wypowiedzenia. Siedziało już tam dwóch pracowników jak weszłam. Prezes Fichna powiedział, że w Ramecie nie ma pieniążków na nic i jest zmuszony do zwolnień. Dodał, że padło na nas. Wręczył wypowiedzenia, a ja nie miałam okularów żeby przeczytać. Nie zgodziłam się. To on się odwrócił i podał z tej samej półki dyscyplinarkę – oznajmiła kobieta. Wie, że powody zwolnień dyscyplinarnych były te same u wszystkich. – Tylko dane osobowe inne – zauważyła. Chodziło o ciężkie naruszenie podstawowych obowiązków pracowniczych, niską dyspozycyjność i nieefektywność w pracy. – Spytałam, do którego zarzutu moja osoba się odnosi, ale nie usłyszałam odpowiedzi – powiedziała przed sądem była pracownica. W okresie zatrudnienia awansowała. – Pracowałam tak, żeby meble były takie jak mają być. Nie było żadnych upomnień czy nagany do akt osobowych. Żaden z przełożonych czy współpracowników nie zarzucił mi że jestem nieefektywna czy niezaangażowana w pracę – podkreśliła pani Joanna.
Trzeba się rozstać
Pan Sylwester to jeden z najstarszych w gronie oskarżycieli posiłkowych – 64-latek. Porusza się o kulach, ma chore nogi „od łebka” jak sam przyznał. – Wezwano mnie pod koniec szychty do prezesa. Usłyszałem, że albo się sam zwolnię, albo dyscyplinarka. Nie zgodziłem się. Miałem 2,5 roku do emerytury. Nie widziałem podstaw, czułem się niewinny, nie było do mnie nigdy obiekcji, co było polecone to wykonywałem. Prezes powiedział trudno, trzeba się rozstać – relacjonował w sądzie zatrudniony w Ramecie przez 32 lata. Pracodawca zarzucił mu podburzanie załogi. – Urządzał pan jakieś masówki? – spytała sędzia. – W fabryce miałem kontakt z dwoma pracownikami, podchodzili do mnie i brali „tajle”. Tyle mojego kontaktu z załogą – odparł pan Sylwester. – Każdy się cieszył, że zrobiłem szybko i solidnie co mi polecono – dodał.
Ten prezes to kiepski gość skoro za jego prezesowania było kiepsko. Jego należy wywalić i to dyscyplinarnie. A gdzie są związki zawodowe ? Chyba tradycyjnie mają gdzieś pracowników
Polak z Bolesławia?
Oto CZŁOWIEK ! POLAK , KATOLIK .
Przytoczone teksty to tylko wierzchołek góry lodowej, chamstwo zarządu było bardziej wyraziste