Kiedy arena staje się życiem
1 / 4

W tym roku sprzyjająca aura sprawia, że wyruszają w trasę wcześniej niż zwykle. Racibórz wita ich jednak strugami deszczu, jakby na potwierdzenie starego powiedzenia, że jak przyjeżdża do miasta cyrk lub wesołe miasteczko to będzie padać.
Reklama
2 / 4

Mijamy bramę z kolorowym napisem i na kilka godzin stajemy się gośćmi cyrkowej braci. Odwiedzamy jej przyczepy kempingowe, które przez wiele miesięcy zastępują domy, przyglądamy się przygotowaniom do spektaklu i próbujemy zrozumieć na czym polega magia cyrku, bez którego jego artyści nie wyobrażają sobie życia.
3 / 4

W ciągu jednego sezonu odwiedzają z programem 200 miast. Codziennie pokonują wielokilometrowe trasy i śpią w innym miejscu. – Właściwie nie odczuwamy tych zmian tak mocno, bo my żyjemy w swoim miasteczku. Nawet przyczepy staramy się ustawiać zawsze tak samo, żebyśmy się nie musieli szukać – tłumaczy właściciel Cyrku Arena Mirosław Złotorowicz, który jest absolwentem nieistniejącego już Państwowego Studium Cyrkowego w Julinku.
4 / 4

– To była bardzo prestiżowa szkoła. Uczyła nas kadra wyszkolonych artystów cyrkowych i byłych sportowców z Warszawy. Mieliśmy zajęcia z gimnastyki, żonglerki, ekwilibrystyki, clownady i baletu. Mieszkaliśmy w internacie i ćwiczyliśmy od rana do wieczora – opowiada artysta, który po dwóch latach nauki otrzymał dyplom aktora cyrkowego w woltyżerce na koniu. Dzięki istniejącemu przy studium impresariatowi, podobnie jak wielu innych adeptów szkoły, szybko znalazł pracę.
REKLAMA
REKLAMA