Weteran wśród aniołów
51 dni spędzonych w raciborskim oddziale covidowym to wystarczająco dużo czasu na przemyślenia i wystarczająco dużo na ocenę pracy służby zdrowia. – Niech się na ten temat wypowiadają ci, którzy byli w szpitalu i na co dzień widzieli jak ci ludzie pracują. Ja powiem jedno: oni walczą o każdego pacjenta i przeżywają każdą śmierć, pracują w nieludzkich warunkach, są często opluwani i wyzywani i wszystko znoszą z anielską cierpliwością – mówi Ryszard Rzytki.
Czy jest na sali muzyk?
W szpitalu trafił do trzyosobowej sali, ale podczas gdy inne łóżka zajmowali kolejni pacjenci, on pozostawał w swoim ponad siedem tygodni, dostając tytuł weterana. – Na początku trudno było kogoś rozpoznać, bo oni wszyscy w tych kombinezonach, nie wiadomo który to lekarz, a która pielęgniarka. Kiedyś wszedł do naszej sali ktoś w kombinezonie i mówi: słyszałem że tu leży jakiś muzyk. Okazało się, że to doktor Hanslik z Rudnika, z którym grywałem na odpustach, bo jest też organistą w tamtym kościele. Powiedział, że na razie grać nie będę mógł, bo płuca muszą do siebie dojść po chorobie. Jak mnie zawieźli na tomograf to się okazało, że działają tylko w piętnastu procentach – wspomina pan Ryszard. Były górnik z „Marcela” nauczył się grać na trąbce w szkole górniczej w Radlinie, a teraz wraz z ośmioma kolegami z orkiestry uświetnia wszystkie uroczystości kościelne, festyny, dożynki i urodziny znajomych, a w trakcie świąt panowie kolędują wśród mieszkańców Studziennej.
Czas spędzony w szpitalu w sali bez telewizora pan Ryszard uważa za zrządzenie losu. – Mogliśmy sobie porozmawiać o dzieciństwie i młodości, zastanowić się nad życiem i docenić to, co się ma, bo człowiek jest na co dzień taki zagoniony, że nie ma kiedy o takich rzeczach myśleć. Był też czas na modlitwę. Puszczałem muzykę z telefonu i zawsze pytałem czy chcą posłuchać ze mną mszy. Jeśli nie mieli ochoty to sobie przełączałem na słuchawki. Jak ktoś zmarł to zmawiałem za niego koronkę. Kiedyś przyszła do mnie pielęgniarka poprosić, żebym się pomodlił za młodą dziewczynę, którą czekała ciężka operacja. Nikomu nie odmawiałem pomocy, bo mnie też nikt jej nie odmówił. Pielęgniarka z Baborowa to mnie nawet goliła w łóżku. Przyszła z wszystkimi przyborami i mówi: niech się pan nie boi. Jeszcze nikogo nie zacięłam – opowiada pan Rzytki i dodaje, że w czasie gdy przebywał w szpitalu zmarło trzydziestu pacjentów.
– Zawsze jak kogoś wywozili to zamykali drzwi do sal. Wiedzieliśmy co to oznacza, choć ja się nieboszczyków nie boję, bo często na pogrzebach ich noszę, ale jak zobaczyłem 52-letniego mężczyznę, który się żegna przez telefon z żoną, to było coś, co łapie za serce. Najgorsze co by mnie mogło spotkać to odejść bez pożegnania
– mówi pan Ryszard i dodaje, że ogromnym wsparciem duchowym był dla pacjentów ks. Irek, który pełnił w szpitalu posługę.
Anioły stąpają po ziemi
Wiele razy był świadkiem wielogodzinnej walki lekarzy i pielęgniarek o życie pacjenta. Widział jak bardzo się starają i jak przeżywają każdą stratę. Podziwiał też ich odporność i wytrzymałość psychiczną na sytuacje, które zdarzały się w szpitalu. – Przywieźli nam kiedyś pacjenta z demencją, który potrafił tylko przeklinać i wyżywał się na pielęgniarkach ubliżając im za każdym razem. Jak go chciały nakarmić to je opluwał, jak chciały zmienić pampersa to potrafił wymazać odchodami całe łóżko. Był też mężczyzna przywieziony z Rybnika w tak złym stanie psychicznym, że chciał się rzucać z okna. Na ścianie każdej sali wisiały numery telefonów lekarzy i pielęgniarek i w nagłych przypadkach trzeba było dzwonić, ale oni potrzebowali piętnastu minut na przygotowanie się do wejścia na oddział. Jak już wchodzili to spędzali u nas wiele godzin bo tyle było tych obowiązków – podkreśla pan Ryszard.
Kiedy opuszczał szpital przy Gamowskiej, przyszły się z nim pożegnać pielęgniarki, a doktor Orszulik powiedziała mu na odchodne: panie Rzytki, pan sobie sam dużo pomógł cały czas wierząc w życie i powodzenie leczenia.
– Powiedziałem tym dziewczynom: ja was na ulicy nie rozpoznam, ale jak wy mnie poznacie, to podejdźcie do mnie i trąćcie nogą w kostkę to już będę wiedział co to za anioł do mnie podszedł
– mówi ze śmiechem i dodaje, że brak mu słów by podziękować za opiekę, jaką dostał w raciborskim szpitalu.
O czym marzył najbardziej? O tym, by móc w końcu przytulić się do żony, uściskać dzieci, wziąć na ręce wnuki. I rodzina przygotowała mu powitanie, jakiego się nie spodziewał, były balony, napis witamy i dużo radości. Teraz czas na odzyskanie sił i powrót do intensywnego życia, które prowadził przed chorobą. Pan Ryszard ma w sobie tyle wiary, że pewnie niebawem mu się to uda.
Katarzyna Gruchot